RSS

Głębia Przestżeni

(Przekopiowane z mojego bloga na polterze, datowane 17 listopad, dwa tysiące jedenasty rok.)

www.glebiaprzestrzeni.pl

Napisałem fanfica w świecie Gwiezdnej Przestrzeni. Muszę przyznać, że ten świat mnie zafascynował kolorowymi opisami i technologią, która została pżez ałtora opracowana i zamieszczona w jego opowiadaniach i wersji demo, którą ów zamieścił na stronie Gwiezdnej Przestrzeni.

                 Rok 1493F nie przyniósł Michailowi dużych dochodów. Stary kosmiczny wagabunda poskrobał się po skroni, zaniepokojony tą obserwacją. Ukryte w wykonanej z sztucznoskóry rękawiczce opuszki napotkały łączenie implantu wzrokowego z ciałem, delikatną fakturę płytek drukowanych i giętkie przewody zagłębiające się zaraz obok w czaszce. Około czterdziestoletni mężczyzna spojrzał na jarzący się przed nim holoobraz z zestawieniem tegorocznych dochodów z handlu wydobytymi surowcami. Zmieniające się co i rusz cyfry, przeskakujące wykresy i zestawienia nie pozostawiały wątpliwości – wielki krach cen gazów na rubieżach sektora Ssargh sięgnął też i obrzeży terytorium ludzi. Ksenon przez ostatnich kilkanaście miesięcy znacznie stracił na wartości, co z pewnością miało duże plusy, podróże międzygwiezdne staną się znacznie tańsze, a kolonializacja posunie się znacznie naprzód. Jednak dla przedsiębiorców małego kalibru, takich jak Michail Zylverstar, oznaczać to mogło koniec ich działalności.

                Tak, przytaknął w myślach zmartwiony kosmiczny górnik, Tetrahymena Vorax Corporation i inne jej podobne niszczyły małe biznesy. Czasy gwiezdnych poszukiwaczy, którzy samotnie zapuszczali się swoimi barkami wydobywczymi klasy Planetołomca, uzbrojeni tylko w kilka działek polarno-dwufazowych, promień ściągający i strukturalny ekstraktor masy molekularnej dobiegał końca. Niegdyś byli pionierami gwiezdnego oceanu, niczym Kolumb i Magellan trzy i pół tysiąca lat temu, przemierzali jego bezkresną toń i odkrywali niezliczone skarby. Teraz mieli stać się reliktami przeszłości wypartymi przez kompanie wydobywcze. Ich konwoje już od dawna zajmowały się wydobyciem na masową skalę, jednak dopiero teraz ich inwestycje zaczęły się zwracać na tyle, by mogli włożyć w nie jeszcze więcej.

                Tak też było i dzisiaj – tutaj. Michail wyjrzał przez pancerny bulaj swojej barki w pustkę kosmosu rozświetloną miliardami gwiazd. Gdy on tak siedział w kokpicie swego statku, kilkaset kilometrów dalej jeden z konwojów rabował dobra naturalne asteroid. Rozbłyski polaryzacyjno-laserowych nacinaków rozświetlały nieprzeniknioną zdawałoby się ciemność przy akompaniamencie jednostajnej poświaty w kolorze zieleni Veronese’a promieni ściągających. To było jego miejsce – Zylverstara, nie tych korporacyjnych łotrów. Od trzydziestu lat spędzał tu całe dni, nieraz tygodnie, jeszcze gdy był kilkunastoletnim dzieciakiem, ojciec uczył go w tym ukrytym przed oczyma ciekawskich zgrupowaniu asteroid tego, jak kalibrować ekstraktor masy tak, by wydobywał tylko cenny niczym niegdyś złoto ksenon. Jak delikatnie manewrować starą barką tak, by kąt wydobycia był jak najbardziej optymalny. Dziś nie miało to już takiego znaczenia – starczyło naciąć asteroidę i ściągaczem pochłonąć wszystko do olbrzymiego brzucha statku wydobywczego. Jak najszybciej, zanim rozprężający się gaz zdążył uciec hen, w kosmos.

                Michail przestawił kilka przełączników na panelu kontrolnym swojej starej barki. Wskaźnik tarcz przeskoczył z koloru lapis-lazuli wskazującego na gotowość płynnie w błękit Thénarda, sugerując stuprocentowe naładowanie generatorów pola ochronnego i ich aktywną emisję. Niewidzialny bąbel nieprzenikalnego pola magnetyczno-molekularnego otoczył starą barkę i w tym samym momencie Zylverstar poprzez plastry złącza neuroidalnego nakazał oznaczyć największy statek jako swój cel. Z głuchym łomotem stare silniki Planetołomcy rozpaliły się, miotając mieszankę jonową w przestrzeń i rozpędzając barkę naprzód. Dziś była pozbawiona broni i wszelkich narzędzi. Ładownia natomiast była wypełniona po brzegi niedawno wydobytym wodorem, którego jednak Zylverstar nie sprzedał – ceny były tak niskie, że nie pozwoliłyby mu przeżyć kolejnego miesiąca. To zatem miała być jego wielka chwila. Moment, w którym stać się miał bohaterem wszystkich samotnych wydobywców, pogromcą wielkiej korporacji. Tym, który zniszczy największy konwój wydobywczy, składający się z samych najnowocześniejszych statków. Holotranspondery neuroidalne, generatory molekularnego pasa transmisyjnego, mobilne industrialne centrum dowodzenia z olbrzymimi ładowniami na wydobyte materiały, równie wielkimi hangarami i potężnym generatorem hiperskoku.

To wszystko pójdzie dziś precz, powiedział do siebie w myślach Michail i zaśmiał się głośno. Jego śmiech echem potoczył się pustymi korytarzami barki, gdy ta nieuchronnie zbliżała się w stronę olbrzymiego statku.

***

                Kilkaset kilometrów dalej, na pokładzie mobilnego industrialnego centrum dowodzenia klasy Wyławiacz Gwiazd, jeden z oficerów radarowych podniósł spojrzenie znad konsoli holohipersonaru i spojrzał na kapitana zasiadającego w fotelu głównodowodzącego. Okablowanie złącz neuroidalnych zafalowało, gdy oficer ów pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Kapitanie! Jakiś statek zmierza w naszą stronę.

Odpowiedź była niemal natychmiastowa, co nie zaskoczyło niczym radarowego – kapitan Vrijsk Skeleznadovorax miał już wyrobioną opinię profesjonalisty w swym zawodzie.

- Nawiązać z nim łączność. Jeśli nie odpowie, wystrzelić salwę ostrzegawczą – odparł chłodnym, opanowanym głosem.

Nawet nie spojrzał na oficera, wpatrzony w holograficzny raport wydobycia, który wyświetlany był przed jego oczami. Oficer łączności natychmiast wypełnił polecenie.

- Tu „Duma Gwiezdnej Pustyni”. Prosimy o identyfikację – komunikat pomknął falami radiowymi w stronę barki Zylverstara, jednak odpowiedź nie nadeszła. – Tu „Duma Gwiezdnej Pustyni”, zidentyfikujcie się! Wtargnęliście na prywatny rejon kosmosu! – oficer komunikacji ponowił żądanie.

                Zylverstar, nawet gdyby miał aktywny hiperkomunikator radiowy, nie usłyszałby nadanego szyfrowanym połączeniem rozkazu do okrętów bojowych, które leniwie lewitowały w okolicznej próżni. Statki podniosły generatory tarcz i wysunęły się przed pozostałą część konwoju wydobywczego – pięć okrętów wojennych Technaconu klasy Hiperniszczyciel. Każdy z nich uzbrojony był w baterię dziewięciu wieżyczek Gram-negatywnych miotaczy hiperzjonizowanej plazmy i cztery wyrzutnie rakiet nadplazmowych. Statki skierowały się sterburtą w stronę Planetołomcy Michaiła, jeden z nich wystrzelił strzał ostrzegawczy. Rozżarzona kula plazmy koloru bahama yellow śmignęła tuż nad barką, która jednak nie zmieniła kursu.

„Tu „Duma Gwiezdnej Pustyni”, zawróć z kursu albo będziemy zmuszeni zaatakować. To nie są żarty!” Kolejny komunikat z prędkością fal radiowych przeciął przestrzeń, jednak – znów – żadnej odpowiedzi nie było. Barka była już w połowie drogi i koniec konwoju wydawać się mógł nieunikniony. Wtedy na pokładzie „Dumy Gwiezdnej Pustyni” padł rozkaz z ust kapitana Vrijska.

- Zestrzelcie tę kupę złomu. Nikt nie będzie bezkarnie pakował się na tereny Tetrahymena Vorax Corporation – a zwłaszcza na działkę Kompanii Wydobywczej Euchrysops Osiris Mining Company! – jego głos potoczył się echem po mostku mobilnego industrialnego centrum dowodzenia.

                W tym samym momencie każdy z pięciu okrętów stanowiących eskortę grupy wydobywczej wypalił z wszystkich dział. Czerń kosmosu rozjarzyła się od setek pocisków z rozgrzanej plazmy neutronowej, które pomknęły w stronę barki Zylverstara. Stary wyga miał jednak asa w rękawie – własnoręcznie instalowane i modyfikowane ultrabarionowe skokowe silniki manewrowe, pozwalające błyskawicznie zmieniać płaszczyznę ruchu. Podbrzusze barki rozświetliła magentowa łuna strumienia wzbogacanych jonów, gdy statek uniknął większości pocisków, natychmiast silniki na szczycie skorygowały kurs. Kilka rozbłysków świadczyło o tym, że generator pola ochronnego zrobił swoje i przyjął na siebie kilka uderzeń – bez żadnych negatywnych skutków.

                Chwilę później uderzyły rakiety. Statek pochłonięty został przez serię seledynowych eksplozji, zaś po niewidocznej kuli ochronnej przebiegła siatka wyładowań. W tym momencie w barkę uderzyła kolejna salwa z działek, przepalając kadłub i rozrywając statek na strzępy. Łatwopalny gaz w ładowni eksplodował i jasna kula ognia swą jaskrawością na moment wypełniła bulaje na statkach konwoju wydobywczego, oślepiając obserwatorów walki. Gdy zgasła, okazało się, że barki już nie było – natomiast żaden ze statków w konwoju nie ucierpiał.

***

                Umieszczona tysiące kilometrów od miejsca potyczki holoboja hipertransmisyjna straciła kontakt z transmiterem neuroidalnoidentyfikacyjnym Zylverstara i zaczęła nadawać komunikat. Głos Michaiła echem fal radiowych przetoczył się przez pustkę kosmosu, po pewnym czasie sięgając najbliższych kolonii.

                „Mówi Michail Zylverstar, samotny wydobywca gazu. Wasze korporacje wydobywcze, wasza chęć podbijania kosmosu, wasza chciwość – oto przyczyna zguby nas, małych, często jednoosobowych, firm wydobywczych. Malejące ceny ksenonu spowodowały, że wydobycie na taką skalę, jak robili to nasi ojcowie, stało się nieopłacalne. Zabiliście nas w ten sposób. Dziś jednak to ja zabiłem wam ćwieka. W tej chwili, w wyniku mojego heroicznego poświęcenia, przestała istnieć największa operacja wydobywcza Korporacji Tetrahymena Vorax Corporation. Po mnie będą kolejni. Po Tetrahymena Vorax będą kolejne korporacje. Kto wie, może Adenoviridae Mining Corporation? A może Yersinia Pestis Mining Company? Kto wie? Bójcie się i módlcie o przebaczenie.”

                Jednak niedługo potem zdementowano plotkę, jakoby „Duma Gwiezdnej Pustyni” i statki jej towarzyszące spadły. Wiadomość uznano za prowokację, a losy świata potoczyły się dalej.

Nie chcę sławy ani piniędzy za moje dzieło i nie chciałem złamać żadnych praw ałtorskich przy tworzeniu tego fanfika, bowiem jest on tylko fanfikiem. 

 
2 komentarzy

Posted by w dniu 8 Listopad 2012 w szorty

 

Tagi: ,

Dom marionetek

                Piąta nad ranem. Sen zdecydowanie nie przyjdzie – wręcz przeciwnie. Rozświergotał się budzik w najnowszym, markowym smartfonie, którego logo było już przyczyną niejednego sporu. Na zewnątrz wciąż ciemna noc, a jednak telefon wygrywa głośno pobudkę. Pora stoczyć się z łóżka i rozpocząć przygotowania do kolejnego dnia. Piątku, nareszcie i na szczęście. Filip odrzucił kołdrę i usiadł na materacu. Wyuczonym ruchem wyłączył alarm i przetarł twarz. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, a lica skrył ciemny, świeży zarost.

                Szum wody lejącej się z kranu. Zimna, orzeźwia ciało. Umysłowi pomoże dopiero kawa, jednak dobrze spłukać z twarzy resztki snu. Prysznic, potem szczotkowanie zębów i golenie. Cały proces nie zajmuje długo, powtarzany od lat i opanowany do perfekcji. Po wszystkim śniadanie. Na skwierczących tostach żółty ser i kilka plastrów szynki. Obok, w kubku, paruje smolisty napój pełen energii na nadchodzący dzień. Telefon zastępuje gazetę, spora oszczędność. I jaka myśl techniczna, za którą zresztą starsi nie chcą podążać. Czemu? Tego Filip nie wie. Kiedyś było lepiej? Bynajmniej.

                BO KIEDYŚ BYŁA KOMUNA. Teraz wszyscy żyjemy w kraju demokratycznym, gdzie każdy jest wolny i może robić, co mu się podoba. Nikt nie ma prawa mówić nam, narodowi, co wolno, a co nie. Oczywiście w pewnych granicach, inaczej zapanowałaby anarchia. Chodzi o to, by prawo mówiło nam, czego nie wolno robić, żeby być pewnym, że wszyscy są równi i wobec siebie uczciwi…

                Tłukąc się autobusem – bo kogo dziś stać na paliwo? – Filip przegląda portale społecznościowe. Globalna wioska, znajomi na wyciągnięcie ręki. Z Internetem w kieszeni nie można być samotnym. Szybkie spojrzenie po zawartości autobusu pozwala upewnić się, że widać w nim to, co zwykle. Szarą, bezmyślną masę. Słuchawki w uszach, wzrok wpatrzony w telefon, z pewnością załatwiają swoje kłótnie rodzinne albo rozstają z dziewczynami. Filip wraca spojrzeniem do wiadomości. Obama wygrał wybory, ciekawe, czy zniesie wizy dla Polaków.

                Dzień w pracy jak co dzień. Stosy papierkowej roboty to norma w małych firmach, takich, jakiej właścicielem jest Robert – szef Filipa. Jeszcze chłopak, bo świeżo po studiach, usiłuje się dorobić czegoś więcej. Całymi dniami siedzi w swoim biurze i przegląda papierzyska. Taką cenę płaci się za prywatny interes. Robert jednak nie narzeka, w końcu teraz nie zarabia na nikogo, tylko na siebie. Żadnego wyzysku i żadnych oszustw ze strony szefa. Czarno na białym wszystko stoi.

                Oczywiście, trzeba umieć się w tym wszystkim zorientować. To nie tak, że bycie podmiotem gospodarczym jest dla mięczaków, prawda? Trzeba umieć nawigować w labiryncie przepisów, które nieustannie się zmieniają. Ostatecznie jesteśmy krajem rozwijającym się. Trzeba płacić podatki za towar kupowany od hurtowni, podatki od tego towaru sprzedawanego klientowi detalicznemu. Do tego ubezpieczenia i różnorakie inne dodatkowe opłaty. Byle kto się w tym nie połapie.

                Po takim dniu zwykle wybiera się do baru, gdzie wypija kilka piw i, wróciwszy do domu, kładzie się spać ze swoją żoną. To, i ta chwila relaksu w barze, to wszystko, czego tak naprawdę Robertowi potrzeba do szczęścia. Jest wolnym człowiekiem i biznesmenem. Jest człowiekiem sukcesu.

                Sukcesów zdecydowanie nie odnosi za to Michał. Wpatruje się właśnie spode łba w Roberta, zazdroszcząc mu wykwintnej, markowej koszuli. Niestety, dla studenta to duży wydatek. Musi obejść się tiszertem od ruskich, który zresztą nie jest taki zły. Poza tym, nie można przywiązywać uwagi do dóbr materialnych, są ważniejsze rzeczy na tym świecie. Na przykład piąta kolejka wódki, którą Michał w siebie wlewa, siedząc samotnie w knajpie. Dla odwagi.

                Jest pewnym siebie, przystojnym gościem. Naturalnym, wesołym i zabawnym. Takim, którego niejedna dziewczyna chciałaby mieć u swojego boku. Albo w swoim łóżku, nieistotne zresztą. Dziś Michał jest gwiazdą show, ale gwoździem programu jest dziewczyna z jego roku. Piękne, długie nogi, kształtne piersi i pełne usta, czego chcieć więcej?

                Michał ma wszystko wyuczone na pamięć i wyćwiczone. Otwiera rozmowę (to się zwie openerem), droczy z dziewczyną (na forum nazywają to negowaniem) i pokazuje jej zabawne sztuczki (rutyny). Jest pewien siebie, wypił w końcu trochę alkoholu, a poza tym w kieszeni spodni ma ściągawkę z wszystkim, czego może potrzebować. Wystarczy tylko wytłumaczyć się wizytą w ubikacji.

                Niestety, dziewczyna – jej imię to Patrycja – wymiguje się z dalszej rozmowy i udaje do domu. Ma na głowie zgoła inne rzeczy, jak flirtowanie. Miała się spotkać z Andrzejem na kilka drinków, żeby odsapnąć od sytuacji w domu. Jej chłopak totalnie jej nie rozumie. Ona potrzebuje wolności w związku, tak jak każda normalna kobieta. Andrzej wysłuchałby jej problemów i pocieszył.

                Tymczasem jej ukochany – choć przy takim obrocie spraw ciekawe, jak długo związek się utrzyma – chce bliskości, nie dając Patrycji w ogóle swobody. Chce spędzać z nią czas i wychodzić na wspólne spacery. A co najgorsze, jest o nią zazdrosny.

                Oczywiście, może być trochę zazdrosny, ale trzeba mieć czelność, żeby się o to kłócić. Wspólne wypady z koleżankami do klubu, imprezy i drinki z palemkami. Lejdis night to świetny pomysł. Można zapomnieć o problemach, potańczyć z przystojnymi chłopakami i poplotkować o wszystkim. Co z tego, że obiecała mu, że pójdą na spacer. Wypad do klubu jest ważny, bo obiecały sobie, że już zawsze będą razem tam się wybierać.

                To nie tak, że Patryk chce się jej oświadczyć, prawda? Zresztą, Patryk w międzyczasie odkłada małe pudełeczko ze złotym napisem za książki do biologii – Patrycja nigdy tam nie zagląda – po czym siada do komputera. Gdy ona wróci wreszcie do domu, będzie grał w najnowszego kosmicznego erpega. Hit sezonu. Jasne, miał pozmywać talerze, ale to nie tak, że mieszka z matką.

                Ma już skończone osiemnaście lat, ba, bliżej mu do trzydziestki, jak dwudziestki. Więc talerze mogą poczekać, wolnoć Tomku w swoim domku. Pogra trochę, i się tym zajmie. Każdy powinien spróbować zagrać w tę trylogię. Choć historia toczy się zdefiniowanymi torami, mnogość zakończeń i odgałęzień fabularnych jest zadziwiająca.

                Zresztą, gry komputerowe to genialna rozrywka. Pozwala się odstresować i na głowę bije filmy czy książki. A to ze względu na interaktywność. Dlatego właśnie Patryk skończy tylko tą misję i zrobi, co ma zrobić. Albo to po kolejnej. Albo ktoś inny umyje te talerze, a on będzie udawał, że zapomniał.

                Olga tymczasem zerka znad zlewu na Patryka. Okropnie zazdrości Patrycji udanego związku. Jej poprzedni się rozpadł, w sumie dziewczyna nawet nie wie, dlaczego. Może nie była dość dobra? Może zabrakło jej gustu albo po prostu była zbyt pruderyjna.

                Teraz podkochuje się w pewnym znajomym. Wszyscy mówią jej, żeby była sobą. Wtedy wszystko pójdzie jak z płatka, bo Olga to w gruncie rzeczy bardzo kochana kobieta. Inteligentna i ładna. Dlatego też ostatnimi czasy poczuła przypływ pewności siebie. Wierzy, że może to zrobić, zdobyć serce osoby, na której jej zależy.

                Jutro ubierze się ładnie i pójdzie na randkę z Michałem. Chłopak będzie jej, gdy tylko zobaczy ją umalowaną i odstawioną jak na bankiet u Prady. A skoro przy Pradzie jesteśmy, na pewno lepiej by wypadła, gdyby miała czerwone szpilki reklamowane przez tą dżagę w każdym porządnym czasopiśmie dla kobiet.

                Noc ciemna w najlepsze. Jej królem jest Andrzej, bowiem człowiek ten cieszy się prawdziwą wolnością. Pracuje w porządnej firmie, zajmując się wyceną nieruchomości. Niezłe pieniądze przy rozsądnych oczekiwaniach zarządu. Były chłopak Olgi nie ma pojęcia, czemu związek się rozpadł, ale nie rozmyśla też nad tym zanadto.

                Siedzi ze znajomą w pokoju wynajmowanej kawalerki, pijąc kolejne piwo. W głowach szumi alkohol, w żołądkach trzepocą motyle skrzydła. Z każdym łykiem piwa, z każdą wizytą w ubikacji są coraz bliżej siebie. Nie ma dziś, nie ma jutra. Jest tylko wisząca w powietrzu zapowiedź upojnej nocy. Przygodny seks to wspaniała rzecz, pamiętajcie tylko dzieci. Używajcie gumek. Andrzej o tym pamięta.

                Każdy z nas wiedzie życie wolne, mniej lub bardziej. Ty też wiedziesz żywot wolny od stereotypów, wpływów innych ludzi i iluzji, prawda? W takim razie nie zapomnij udostępnić tego na swojej ścianie.

 
Dodaj komentarz

Posted by w dniu 7 Listopad 2012 w szorty

 

Filmidło

Drabble, fantastyczne ćwiczenie dla pisarzy. 100 słów wraz z tytułem (lub bez, kwestia umowna). Preferuję drabble od haiku. Czemu?

Haiku ssą pałę
Chuj przekażesz w wierszu na
Pięć-siedem-pięć sylab

, poza tym są strasznie ą ę japonia.

Filmidło

Historia niczym z filmu – nowoczesna, modna rozwódka, pnąca się dzielnie po szczeblach nowojorskiej kariery, samotnie żyjąca w starej kamienicy. Pewnej nocy zaczęło się – stuknięcia i kroki, potem koszmarne sny o Złym, nawiedzającym mieszkanie. Wreszcie cała sprawa zaczęła wymykać się spod kontroli – postacie widziane kątem oka, potwory z luster i szepty nocą – zdecydowała się podjąć stanowcze kroki.

Wyprowadziła się.

Nie szukała żadnych pamiętników pod podłogą, nie trzymała niczego w tajemnicy przed znajomymi. Może i nie dowiedziała się co prawda o mrocznych sekretach mieszkania.

Ale obyło się bez załamania nerwowego, posądzania o szaleństwo… Ostatecznie – dlaczego miałaby bawić się w egzorcystkę?

 
Dodaj komentarz

Posted by w dniu 26 Sierpień 2012 w drabble

 

Kosmiczne Tango

19 marca… 2009. Bardzo stary tekst, który dostępny wciąż jest gdzieś w głębinach Internetów.

Nikły blask prastarych gwiazd nie był w stanie rozświetlić odwiecznego mroku kosmosu. Miliardy galaktyk przemieszczały się względem siebie w nieskończonej pustce, zaś wewnątrz nich niezliczone ilości słońc, układów planetarnych i innych cudów Wszechświata zmieniały swe pozycje, wymijając się, zderzając i ocierając. Ten cykl narodzin i śmierci poruszających się ciał niebieskich, przypominający skomplikowany taniec, pełen układów, podukładów i skomplikowanych kroków, rozpocząwszy się od niczego, jednej cząsteczki zdałoby się, eksplodowawszy w ramach Wielkiego Wybuchu, nieustannie, mozolnie i cierpliwie dążył do nieskończoności…

Gdzieś tam, w jednej z galaktyk, z dala od jej centrum – w jednym z niewielkich układów rasa inteligentnych istot powoli rozwijała się, szykując do podboju kosmosu. Fale radiowe, elektromagnetyzm, potęga atomu… Silniki odrzutowe, napędy rakietowe, specjalne poszycia… Coraz to kolejne odkrycia, wymysły naukowców, zbliżały ich do momentu, w którym opuściliby swój dom, rozpoczynając niebezpieczny proces kolonizacji sąsiednich planet…

Mijają setki lat, tysiące, co i tak liczone rachubą Wszechświata jest niczym innym, jak króciutkim momentem, ulotną chwilą. A przecież już powstały w naszym systemie planetarnym pierwsze stacje kosmiczne, bazy na księżycach i niedalekich planetach. Rasa ta była niezwykle cierpliwa, pracowita i wytrwała – nie zrażano się porażkami, choć było ich wiele, miast rozpaczać nad rozlanym mlekiem, projektowano nowe, lepsze rozwiązania, wprowadzano je w życie i tak oto pięto się po jakże śliskich szczeblach drabiny rozwoju…

Kolejny, długi okres czasu, powstały rozwiązania pozwalające na zwiększenie dostępności poprzednich rozwiązań, wdrożenie nowszych, lepszych. Dawne bazy kolonistów przekształcają się w osady. Osady w miasta, te zaś w wielkie kosmopolie. Tak i stacje orbitalne rozrastają się, łączą razem, tworząc pajęczyny oplatające kolejne planety. Coraz szybszy rozwój, coraz śmielsze idee – pierwszy lot w kosmos okazał się niewielkim kamyczkiem, który spowodował olbrzymią lawinę… A może było to jednak wynalezienie koła?

I znów – Stwórca na moment przymknął powieki, by, po ich podniesieniu przyglądać się, jak jego dzieci przekraczają barierę prędkości światła. Całe floty statków kolonizujących mkną na złamanie karku gdzieś w nieznane, zasiedlając sąsiednie układy planetarne, tworząc szlaki handlowe. Powstają nowe państwa, rządy, konfederacje i związki. Układy, układy, układy, pierwsze konflikty o zasoby naturalne i produkty…

Zabawne – wzrost, rozwój, budowanie zajmuje tak wiele czasu. Tym razem starczyło zaczekać jedynie kilka lat, by wszystko zaczęło się sypać. Nieporozumienia zmieniły się w konflikty, konflikty w potyczki, dalej w starcia i wojny. Do tej pory jednolite imperium poczęło kruszyć się na mniejsze fragmenty, nastąpił rozpad i wszyscy poczęli walczyć ze wszystkimi, łącząc się w sojusze, nietrwałe układy, tylko po to, by zerwać je przy sprzyjających okolicznościach. I tę okazję postanowił wykorzystać ktoś inny…

W obliczu zewnętrznego zagrożenia nasza dzielna rasa kosmicznych kolonistów natychmiast zjednoczyła się ponownie i rozpoczęła obronę swych włości. Wojna była bardzo długa, trwała setki lat, zaś szale zwycięstwa wciąż były w ruchu, przechylając się to na stronę młodych odkrywców, to drugiej rasy, która od wielu tysiącleci niepodzielnie władała całą galaktyką.

Wyniszczająca obie nacje wojna wreszcie dobiegła końca – choć pierwotni władcy kontrolowali zasoby całej galaktyki, mając na rozkazy miliardową flotę, nielimitowane zasoby, zatęchła myśl techniczna i pewność siebie w końcu ich zgubiła. Przegrali z świeżością i zaciekłością, jaką prezentowała młodsza rasa, która dumnie objęła po nich władanie nad wszystkim, dosłownie wszystkim, ciemiężąc zniewolone niedobitki. Tymczasem…

Tymczasem gdzieś tam, w jednej z galaktyk, z dala od jej centrum – w jednym z niewielkich układów rasa inteligentnych istot powoli rozwijała się, szykując do podboju kosmosu…

 
Dodaj komentarz

Posted by w dniu 26 Sierpień 2012 w szorty

 

Grubas

Szorcik z 18 sierpnia – prawdopodobnie część dłuższej fabuły.

- Martwi mnie dedykacja tego dzieciaka. – Mężczyzna rozsiadł się wygodniej w fotelu, odchylając się do tyłu. – Nawet jeśli nie ma żadnych zdolności.
- Gdyby sprawa nie była tak istotna, nie fatygowałbym cię – odparł drugi mężczyzna, spoglądając przez okno.
Była już noc, księżyc oświetlał niską linię miasta. Jak zwykle, niebo rozświetlone było pomarańczową łuną.

- Tak, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Nawet nie posiadając uzdolnień, może napytać sobie biedy… i zaszkodzić naszej sprawie. – Do tej pory odwrócony plecami do okna i swego rozmówcy, mężczyzna wstał z fotela. Skórzane obicie zaskrzypiało z ulgą. – Tomasz, musisz mieć na niego oko. Postaraj się wybić mu z głowy te zabawy.
Mężczyzna podszedł do okna, stając obok rozmówcy. W pomieszczeniu nie paliło się żadne światło i tylko trupio blada łuna monitora oświetlała rozmówców. Tomasza, ubranego w bojówki i skórzaną katanę i jego rozmówcę w białej koszuli z krawatem i spodniach od garnituru.
- Nie możemy pozwolić na to, by ktoś bruździł w naszych interesach. Nie ważne, jakie kroki trzeba będzie podjąć.
Tomasza już nie było w pokoju.Maszerował korytarzem biurowca. Zawsze zastanawiał się, kto postanowił go tu zbudować. Podobnie jak wieżowce na Metalchemie, budynek wyglądał dziwnie, stercząc na obrzeżach miasta. Z drugiej strony, nie mogli narzekać, to była doskonała lokalizacja, z dala od oczu przechodniów. Nikt nie interesował się tym, co dzieje się tu nocą. Z drugiej strony… nocą i tak to miasto wymierało. Tomasz wyjął z kieszeni klucz i otworzył pancerne drzwi, wchodząc do pomieszczenia. Okna były zamurowane i jedynym źródłem światła były brzęczące jarzeniówki. Nie żeby nocą miało to jakieś znaczenie. Kolejnym kluczem otworzył szafkę pancerną, z której wyjął pistolet i dwa magazynki. Z trzaskiem wsunął jeden do CZki 52, drugi wraz z bronią schował w kieszeni kurtki.- Chyba się nie zrozumieliśmy. – Tomasz pokręcił głową z lodowatym uśmiechem. – To nie była prośba. Masz przestać z tymi wygłupami… bo inaczej…
- Inaczej co? – Oparty o drzewo chłopak spojrzał wrogo na rozmówcę. Miał może dwadzieścia lat, sporą nadwagę i mizerny zarost. Był w samej bieliźnie, pokryty czerwoną farbą układającą się w różne wzory. – Ostatnim razem jak sprawdzałem, to nie jest nielegalne.
Stali na polanie w jednym z lasów pod miastem. Płonęły tu bambusowe pochodnie, na udeptanej trawie tą samą farbą namalowany był pentakl. W powietrzu unosiła się dusząca woń kadzideł. Tomasz pchnął chłopaka tak, że ten uderzył plecami o pień drzewa, sycząc z bólu.
- Pchasz się tam, gdzie nie powinieneś. Już kiedyś prosiliśmy, żebyś przestał. Donosy do rodziców i wykładowców nie pomogły? – Tomasz wsunął dłoń pod kurtkę. – Może to cię przekona. – Wydobył pistolet i wypalił. Kula wbiła się w pień tuż nad głową dzieciaka, kawałki drzewa posypały się na jego tłuste blond włosy spięte w kucyk. – Możesz mi wierzyć, następna kula będzie dla ciebie.
Nim minęło echo wystrzału, w powietrzu rozeszła się gryząca woń moczu. Chłopak z przerażenia popuścił i ciepła ciecz polała się po jego nogach. Tomasz zabezpieczył broń i schował ją pod kurtką, po czym uderzył przerażonego rozmówcę w brzuch. Gdy ten zgiął się w pół, zadał kolejny cios, tym razem w skroń. Otyłe cielsko z łomotem zwaliło się na ziemię.
- Radzę ci się stąd wynosić ZANIM pojawi się tu straż leśna albo co – rzucił jeszcze Tomasz, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł, znikając między drzewami.
Chłopak leżał dalej na ziemi, łkając cicho. Dopiero po jakimś kwadransie wstał, odział się w ubrania leżące na skraju polany i uciekł do domu.

- Postraszyłem go bronią, przyłożyłem mu i poszedłem. To powinno wystarczyć. – Tomasz upił łyk kawy.
Byli na stołówce na parterze budynku, on i człowiek, z którym Tomasz rozmawiał noc wcześniej.
- Oby. – Twarz rozmówcy zdradzała niepokój. Był w średnim wieku, zakola i pojedyńcze pasma siwizny zdobiły jego krótko scięte, czarne włosy. – Podobno jest bardzo uparty i mimo, że jest tylko otyłą porażką wychowawczą i tchórzem, nie odpuszcza łatwo.
- Pfft, Marek, weź… Jeszcze się taki nie znalazł, na którym lufa pistoletu nie zrobiła wrażenia – odparł cicho Tomasz. Choć byli tu sami, nigdy nie wiadomo, kto nasłuchiwał.
- Tak. To oznacza, że albo odpuści, albo będzie ostrożniejszy. I tak jest teraz spokój, wyślij kogoś, by go miał na oku.
- Mhm. – Tomasz dopił kawę, potarł swój krzywy, złamany w kilku miejscach nos i wstał. – Jadę do centrum, przywieźć coś?
- Nie, nie – rozmówca machnął dłonią. – Ale mógłbyś zawieźć rozliczenia księgowemu.

- Myślą, że mogą mi rozkazywać? – Chłopak warczał do siebie. Fałdy tłuszczu zafalowały, gdy zadrżał z wściekłości. – Że mogą mi grozić? Mnie? Storowi Underbar?
Kreślił kredą wzory na dywanie w pokoju dziennym. Jego rodzice wyjechali na weekend do rodziny na wieś, mógł więc w spokoju działać. Przewertował kilka stronic swojego grymuaru – niskiej jakości wydruku zbindowanego w osiedlowym punkcie ksero.

Z trzaskiem otworzyły się drzwi. Grupa mężczyzn w garniturach spojrzała w tym kierunku z pytaniem na twarzy.
- Szefie… szefie… – młody chłopak ubrany w koszulkę z logiem Nirvany usiłował złapać oddech.
- Mamy zebranie zarządu spółki, więc to zapewne coś ważnego. – Marek spojrzał groźnie na chudego blondyna, któremu włosy opadały na twarz.
- Uf, uf… Szefie, przebili się.
Marek zbladł, krople zimnego potu wystąpiły mu na czoło. Spojrzał po członkach rady nadzorczej.
- Kontynuujcie beze mnie. I dojdźcie do jakichś ustaleń, bo inaczej będą cięcia – powiedział, wstając od stołu. Zabrał swój neseser i wyszedł z sali, zostawiając osłupiałych mężczyzn samym sobie.

- Mówiłem, pilnuj go!
- Nie moja wina, że postanowił zrobić to w domu!
- Mówiłem, że będzie ostrożniejszy!
- Nie mam do dyspozycji oddziału SWAT, żeby wbić mu się na chatę!
Jechali vanem opatrzonym logiem firmy sprzątającej przez miasto. Na pace było ciemno, jedynym źródłem światła była mała kratka, która dzieliła ich od kabiny pasażera. Samochód zatrzymał się pod jednym z domów na Osiedlu Kolorowym. Z hukiem odsunęły się boczne drzwi, po czym siedmiu mężczyzn wypadło na chodnik. Uzbrojeni w karabinki i pistolety pamiętające czasy ZSRR, przeskoczyli przez niskie ogrodzenie i ruszyli w stronę domu.

Drzwi ustąpiły po wpakowaniu w nie porcji śrutu z dubeltówki z obciętą lufą. Uzbrojona grupa wpadła do wnętrza budynku, ubrani na czarno, w bojówkach, z kamizelkami taktycznymi i kominiarkami na twarzach. To, co zobaczyli, przerastało ich oczekiwania. W pokoju na wprost od wejścia zalegała na ścianach, suficie i podłodze żółto-zielona tkanka. Pulsowała delikatnie, a w powietrzu rozchodził się mdlący zapach jej wydzieliny. W kącie pokoju leżał w pozycji embrionalnej otyły dzieciak w samych majtkach, szlochając i popiskując pod nosem. Nad nim stała przerażająca istota o pięciu kończynach. Stała nad nim niczym pies nad królikiem, warcząc i bulgocząc. Dziesiątki oczu, ust pełnych ostrych zębów i dziesiątki otworów nieznanego przeznaczenia widniały w przeróżnych miejscach na jej ciele. Bestia dostrzegła intruzów i zaczęła odwracać się w ich stronę…

Dopiero gdy magazynki zostały opróżnione, przerwano ostrzał. Przerażająca bestia leżała w połowie korytarza, rozszarpana na strzępy. Wyciekała z niej brunatna maź o zapachu ścieków. Chłopak w kącie pokoju zaszlochał głośniej i wypełzł na korytarz.
- Dziękuję… dziękuję… – powtarzał tylko.
Tomasz zdjął kominiarkę z twarzy.
- Pamiętasz moją obiednicę, grubasie? – powiedział, wyjmując pistolet z kabury na udzie. Szczęknął zamek. – No właśnie – dodał, obserwując przerażenie na twarzy chłopaka.

- Nie musiałeś go zabijać!
- A co miałem zrobić? Widział tyle, że jego umysł mógł się wypaczyć.
- Mógł, ale nie musiał – warknął Marek. – Może i jesteś ważniakiem ze stolicy, ale my tak bezwzględni nie jesteśmy.
Tomasz wzruszył ramionami.
- I dlatego mnie tu przysłali. Nie wolno się nam patyczkować, przerabiałem już to…
“…podejrzewa się eksplozję instalacji gazowej. Policja jednak nie wyklucza udziału osób trzecich. Według naszych informacji są świadkowie, którzy widzieli, jak kilka godzin wcześniej pod dom podjechał samochód firmy…”
- Świetnie – rzucił Marek z niezadowoleniem. – Znowu będziemy musieli sprzątać syf.
- Wolisz to, czy powtórkę Incydentu Wawelskiego?
Odpowiedziało mu tylko ciężkie westchnięcie.

 

 

 

 
Dodaj komentarz

Posted by w dniu 26 Sierpień 2012 w szorty, tenebra

 

Mag

Szorcik z 30 lipca. Pierwsze dzieło od naprawdę dłuższego czasu. Przekopiowane z mojego własnego Internetu.

Za oknem szaruga letniego popołudnia. Spadnie deszcz, czy duchota utrzyma się przez resztę dnia – trudno powiedzieć. Młody mężczyzna siedzi w fotelu, spoglądając przez okno. Twarz nie zdradza żadnych emocji. Ma na imię Marek i jest bezrobotnym obywatelem Polski – jak blisko pięć milionów jego rodaków. Tyle w tym dla Marka dobrego, że nie ma rodziny do wykarmienia. Jedynym jego zmartwieniem jest upadek wszelkich ambicji. Dwukrotny upadek ambicji, który wstrząsnął jego światopoglądem na tyle, że gdyby mógł, w tej chwili mężczyzna pewnie zapijałby smutki wódką – do lusterka.

Bo Marek nie jest byle kim. Jest Magiem – co prawda od tygodnia, ale jednak. Gdy zdał sobie z tego sprawę, w jego sercu na nowo zapłonął żar pasji. “Skoro jestem Magiem”, mówił sobie w myślach, “znalezienie pracy nie będzie problemem. Ha, pracy, po co mi praca, jestem Magiem!” Niestety, życie zrewidowało te nadzieje równie twardo, jak marzenia Marka o pracy w zawodzie po tym, gdy uzyskał stopień magistra.

Pierwsze krople deszczu zaczęły uderzać w blaszany parapet, a mocniejszy podmuch wiatru zatrząsł szybami w starych ramach. Powietrze się ochłodziło, a wśród ciemniejących chmur rozległ się głęboki pomruk. Podła pogoda była przysłowiową kroplą w czary goryczy. Marek od trzech lat szukał pracy w zawodzie. Od dwóch również poza zakresem swojego wykształcenia. Od roku gotów był przyjąć dowolną posadę a od tygodnia dodatkowo wspomagał się czarami. Mógł wypaczać rzeczywistość, naginać prawa przyrody. Ta burza była jego dziełem. On sam sprowadził tu scierające się fronty atmosferyczne, wzniósł parę wodną wysoko nad ziemię. Pioruny grzmiały na jego cześć, zabrał słońce całemu miastu, niosąc ulgę od jego palących promieni. Był cudotwórcą, w końcu zupełnie na podobieństwo Stwórcy. Świat poddawał się jego woli.

A jednak świadomość jego mocy potęgowała w nim niezadowolenie. Mógł kreować rzeczywistość wedle swej woli – mimo to nie mógł znaleźć pracy. Potężne bóstwa trzymały naród w garści. NFZ, ZUS, PUP i PIP, US i dziesiątki innych despotycznych i rozumnych molochów. Dyktowały co można, a czego nie, już bez pomocy rządu i bez względu na opinię ludu. Naród dostał się w żarna własnego młyna. Nawet moce Maga nie mogły tego zmienić, ba, nawet dobra wola pracodawców nie pomagała. Był tylko jeden słuszny mechanizm, wyzysk.

Młody Mag obserwował pioruny tańczące po niebie. Bezwiednie przetarł czarną czuprynę krótkich, kręconych włosów. Mógł zmieść cały ten przeklęty rząd z powierzchni ziemi. Na jego rozkaz Sejm, Senat, Pałac Prezydencki i ten Kultury i Nauki stanęłyby w płomieniach. Ale w Marku przebudziły się nie tylko moce, ale i zrozumienie Istoty Rzeczy. W ten sposób wprowadziłby chaos, odcinając dostęp do spokojnego życia nie tylko sobie, ale i innym…

…słońce grzało niemiłosiernie, a w powietrzu unosił się gryzący pył. Błękitno-niebieski pociąg Polskich Kolei Pociągowych, jedynej rzeczy gorszej od podatków, wtoczył się na peron. Nawet jeśli byli tu jacyś znajomi Marka, nie rozpoznaliby go. W końcu zadbany i ostrzyżony, z okularami przeciwsłonecznymi na nosie i uśmiechem na twarzy. Poprawił kołnierz barwnej koszuli, złapał torbę podróżną i wskoczył do wagonu.

Kiedyś wróci, naprawić swój kraj. Tymczasem świat czekał na niego z otwartymi ramionami.

 
Dodaj komentarz

Posted by w dniu 26 Sierpień 2012 w szorty

 
 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.